Dla nikogo nie jest sekretem, że nauczycielki przedszkola są fantastycznie i wszechstronnie uzdolnione. Szczerze wierzę, że to właśnie wiara w to, że jesteśmy the best of the  best skłoniła rządzących do zobligowania nas do nauki języka angielskiego w przedszkolu. Osobiście uważam, że jest to wielką stratą dla maluchów w większości przypadków. Czemu? Bo z największym talentem językowym, nauczyciel po kursie nie dorówna filologowi po kilku latach studiów językowych. Ale warto w tej sytuacji znaleźć pozytywne strony i prowadzić angielski najlepiej jak się da!

Jak się za to zabrać? Optymistycznie. A co poza tym? Postaram się wyjaśnić 🙂

Prawdopodobnie w toku studiów, na poziomie jakimś lub żadnym, realizowałyście, tak jak i ja, język angielski. To pomaga:) Jeśli Wasz suplement potwierdza zaliczenie na poziomie B-2 do 2020 r. możecie prowadzić język angielski w przedszkolu. Później wymaga to jednak wyższych kwalifikacji. Ja jednak zdecydowałam się odświeżyć swoje zasoby i podnieść nieco poziom. I to jest mój punkt startowy:

1. Kurs językowy w dobrej szkole językowej na poziomie zaproponowanym przez szkołę.

Nie wiem, czy jest sens mówić jaką szkołę językową wybrałam. Cenię ją i polecę każdemu – znana, w dogodnym miejscu w mieście, prowadzą nauczanie metodą komunikatywną (właściwe całe zajęcia prowadzone są poprzez dialog, wyjątki stanowią ćwiczenia w słuchaniu) . Najpierw wypełniłam diagnozujący test przez internet, a potem zaczęłam chodzić do odpowiedniej grupy na zajęcia: dwa razy w tygodniu po 1 h 20 min. Zakwalifikowałam się do poziomu B1/B2, a skończyłam po B2 (i wtedy przystąpiłam do egzaminu). Wydaje się, że to masa czasu, ale dzięki tym lekcjom nie tylko prowadzę bez obaw angielski w przedszkolu, ale i dorabiam na korkach, jeżdżę bez stresu na wakacje za granicą i czerpię przyjemność z rozmów prowadzonych choćby z przechodniem po angielsku. Na wakacjach można dzięki temu poznać wielu ciekawych ludzi. To na pewno nie będzie stracony czas.  Proszę, ile plusów:)

Co wybrać – kurs językowy dla nauczycieli czy typowy komercyjny kurs językowy?

Choć nie brałam w nim udziału, miałam możliwość porównać umiejętności osób po kursie organizowanym dla nauczycieli i po kursie klasycznym – w szkole językowej. Kurs kursowi nierówny, ale nauczycielki to są piekielne gaduły 🙂 Nie gniewajcie się, sama gadam jak najęta.  Poza tym jeszcze piszę, bo wygadać się nie mogę! Z tego względu uważam, że efektywniej czas nauki wykorzysta się na typowym kursie językowym, a nie takim, który organizowany jest dla nauczycielek. Mam też wrażenie, że czułam zdecydowanie mniej stresu niż koleżanki z nauczycielskiego kursu, z którymi zdawałam równocześnie egzamin. Ale – mogę się oczywiście mylić.

Uważam, że po ukończeniu poziomu B2 jesteśmy gotowe do egzaminu. I tu – punkt numer dwa.

2. Egzamin – który zdawać?

Listę egzaminów potwierdzających wymaganą od nas podstawową znajomość języka, określa załącznik (str. 11) do rozporządzenia zamieszczonego w Dz.U. 2015 poz. 1264. Nie omówię każdego, ale omówię dwa, które znam. I nie zrobię tego bardzo szczegółowo, bo informacje takie są na stronie centrów egzaminacyjnych. Podzielę się za to swoimi wnioskami i odczuciami.

Na wstępie – do każdego z egzaminów można przystąpić bez uczestniczenia w żadnym kursie wcześniej. Trzeba zgłosić się do centrum egzaminacyjnego (można znaleźć listy z pomocą googla), opłacić egzamin i na niego przyjść. Koszt to około 450-600zł za egzamin. Ja za PTE we Wrocławiu płaciłam 550 zł.

Do wyboru z listy jest m.in. FCE i PTE General Level 3. W szkole językowej, do której uczęszczałam, przygotowywano do FCE.

FCE

Ten egzamin kosztuje około 550-600 zł. Składa się z kilku elementów: jest gramatyka – transformacje, phrasal verbs, strona bierna, tryby warunkowe… słowem, chyba wszystko, z czym kiedykolwiek się zetknęłam. Jest część sprawdzająca bogactwo słownika, słuchanie, 14 minutowa część ustna i oczywiście typowe pisanie – esej, listy formalne i nieformalne. Cały egzamin trwa jakoś około 3 godziny 45 minut (słuchanie, pisanie, czytanie) i 15 minut (część ustna). Szczegółowe informacje znajdziecie – tutaj. Z reguły rozdzielony jest na dwa dni. Na pewno zdanie go jest w zasięgu każdej osoby z B2, ale gramatyka potrafi pożreć dużo punktów. Czemu to ważne? Bo FCE nie wystarczy zdać, ale trzeba go zaliczyć z oceną B (min. 75%), by mieć kwalifikacje, o które nam przecież chodzi.

PTE General Level 3

PTE trwa 2 godziny (część pisemna i słuchanie) + 7 minut (część ustna), kosztuje podobnie co FCE (około 550 zł), ale w jego przebiegu jest dużo mniej punktów do zdobycia za umiejętności gramatyczne. Ocenia się słownictwo, jego bogactwo, płynność wypowiedzi, komunikatywność. Jest dyktando ze słuchu, ale całkiem wyraźne, słuchanie i czytanie ze zrozumieniem. Pisanie jest podobne jak w FCE – list, opis, esej (formalne lub nieformalne). Tematy nawiązują do życia codziennego. Szczegółowo elementy egzaminu przedstawione są na stronie autora egzaminu – tutaj.

Zdać ten egzamin to nie taka trudna sprawa! A, choć wydaje mi się on być prostszy niż FCE, wystarczy go zdać (50%), otrzymana ocena (zaliczone (50-59%) / średnio (60-69%)/ wyróżniająco (70-100%) ) nie gra roli w naszych kwalifikacjach. Po kursie językowym zdamy go z wyróżnieniem – jestem tego pewna!

Ambicja

Czy to mało ambitne decydować się na łatwiejszy do zdania egzamin? Nie sądzę. Ambitne osoby przygotują się i zdadzą go na najwyższą notę. Decydując się na PTE nie mamy w sercu tego strachu, że zabraknie nam 1 procenta do uzyskania kwalifikacji i nasze 5 stówek pójdzie w kanał. Lepiej podnieść sobie poprzeczkę i za potencjalnie zmarnowane kilkaset złoty wybrać się na kolejny semestr kursu językowego i podrasować swoje zasoby 🙂

Grupa nauczycielek z kursu językowego organizowanego przez Centrum Doskonalenia Nauczycieli też podchodziła do PTE (równo ze mną). Uważam, że autorzy kursu dobrze przemyśleli ten wybór. Ja wybrałam dokładnie tak samo z polecenia koleżanki i to samo poleciłabym swoim koleżankom.

Kiedy jesteśmy już certyfikowane (wyniki są po ok. 2 miesiącach, certyfikaty po 3 miesiącach), czas na kolejny krok!

3. Kurs kwalifikacyjny z zakresu metodyki nauczania języka angielskiego w przedszkolu i klasach I-III.

Ten, na który ja się wybieram, trwa 240 godzin i kosztuje ok.1700 zł. Jest niezbędny do uzyskania pełnych kwalifikacji do nauczania języka w przedszkolu i klasach I-III po 2020 r. Aby do niego przystąpić, według warunków napisanych na stronie DODNu, musimy legitymować się 2letnim stażem i certyfikatem z języka (wymienionym w załączniku do rozporządzenia, o którym mówiłam wyżej). Po jego zakończeniu mamy pełne kwalifikacje do nauki języka zarówno w przedszkolu, jak i w szkole podstawowej w klasach 1-3.

A co z tymi, którzy do 2020 r. tych kwalifikacji nie uzyskają?

Ciężko powiedzieć. Pani Minister Edukacji w swoim liście podkreślała, że nie każdy nauczyciel musi zdobyć te kwalifikacje i że bez nich zachowuje prawo do nauczania wszystkiego z wyjątkiem języka. Ale trzeba zauważyć, że nauczaniem języka obcego obowiązkowo objęte są w tym roku dzieci 5- i 6-letnie, a w kolejnych latach również młodsze. Oznacza to, że omawiane kwalifikacje będą potrzebne w co raz większym stopniu, co pewnie w jakiś sposób wpłynie na wybór osoby przy zatrudnieniu nowego pracownika. A jak to będzie rozwiązane w placówce – tego nie wie nikt. Czy angielski będzie realizowany jako czyjeś nadgodzin czy może kosztem etatu nauczycielki, która kwalifikacji nie ma – ciężko przewidzieć. Może nauczycielki będą wymieniały się między grupami.

A może nowe rozporządzenie zarządzi, byśmy od 2020 uczyły jednak chińskiego. W końcu co piąty człowiek na Ziemi to Chińczyk 🙂

 

See you later, aligator!

Facebook Comments